poniedziałek, 5 października 2015

Zakoma - część opowieści

Jest to niedopracowana wersja mojej książki. Możecie ją poczytać i stwierdzić, czy jest dobra XD

"Ołoło! Zaraz się spóźnie!" - pomyślałem. Leciałem około 500km na godzinę, ale wiedziałem, że została mi jakaś nędzna minuta na spotkanie z młodszą siostrą. Wiatr jaki robiłem, zrywał gałęzie i liście z drzew. Niestety... Nie stać mnie na nowe sadzonki!
Odkąd pamiętam to razem z Hysteą byliśmy nierozłączni. Zawsze starałem się o nią dbać, żeby inni nie skrzywdzili jej. Ponadto ona okropnie zazdrościła mi skrzydeł, dlatego gdy była mała, to latałem z nią. No ale niestety, tłuszczyk zapasem, prawda?
Tak sobie wspominałem przez krótkie może 20 SEKUND i uderzyłem w drzewo skrzydłem. Całe zdarte i krwawe. Nie wiedziałem co robić, ale spadałem na ziemię. Kilka razy się obiłem o kolejne gałęzie, aż w końcu spadłem na mięki mech. Zaskomlałem i zacząłem sobie lizać moje krwawe, brudne, czarne skrzydło.
Nagle usłyszałem kroki. Odwróciłem się i ujrzałem piękną waderę. Jej futro było w odcieniach czerni i granatu, jej łapy były delikatne, szczupłe, ale widać było, że silne. Oczy jak niebo, w których widać małe, świecące konstelacje gwiazd. No i jej znak rozpoznawczy (tak mi się zdaje), niewielkie, białe skrzydła w uszach. Podeszła do mnie i z nieśmiałym, zaniepokojonym głosem zapytała:
-Um... Jesteś ranny?
Podniosłem zranione skrzydło w stronę nieba. Dziwne, że nic się nie stało z kośćmi, ale nagle ocknąłem się i zauważyłem wyraz twarzy wadery. Była zasmucona i zmartwiona. Przykucnęła przy mnie i położyła skrzydło na mech.
-Daleko masz swój dom? - zapytała.
-Ja nie mam domu, właśnie leciałem na spotkanie z siostrą. - wyjaśniłem. Widać było, że wilczyca bardzo się martwi.
-Och, daleko to?
-No może z 30 kilometrów. - Powoli wstałem i uniosłem skrzydła. Wadera spojrzała mi w oczy i odparła:
-Nie możesz iść w takim stanie. Jeszcze coś ci się stanie. Lepiej tu zostań.
-No a kto się mną zajmie? A kto mnie utuli do snu? Kto mi zrobi ciepłe kakao? Och, ja nieszczęsny! - Zażartowałem. Wilczyca uśmiechnęła się.
-Wstąpisz do hotelu "u Shahidy". - Trąciła mnie łapą w policzek. - Właśnie, jestem Shahida.
-A ja jestem sir Zakoma. - Uniosłem do góry głowę i skrzydła, ale nagle poczułem okropny ból w lewym skrzydle. Shahida ukucnęła przy moim lewym boku i zarzuciła na siebie moje skrzydło.
-Mój biedaczek... Trzeba się tobą zająć. Chodź. - Ruszyła na przód, a ja za nią.
"Hm... Możliwe, że uda mi się z nią zaprzyjaźnić"
Szliśmy razem przez dolinę. Było pięknie, wszędzie pełno zieleni, drzew i strumyków. Do tego ptaki śpiewały, a liście cichutko szeleściły. Wsłuchałem się w ich pieśń, kiedy nagle Sha przerwała ciszę.
-Opowiedz mi o sobie. - Zachęciła mnie swoim uśmiechem.
-No dobrze. - Odpowiedziałem. - Kiedyś, gdy byłem jeszcze młody, należałem do wielkiej watahy daleko stąd na północy. Z niewiadomo jakiej przyczyny, do naszych stron doszedł tajemniczy, groźny wilk o imieniu Ewil. Ja z moją młodszą siostrą Hysteą, do końca nie wiedzieliśmy o co z nim chodzi. Mama była obrońcą stada, a tata szpiegiem. Cóż, to że mam skrzydła, to bardziej nadawałem się do obrońcy, więc większość czasu spędzałem z mamą, a Hystea z tatą. Pewnego dnia tata oznajmił mi, że nie mam się oddalać, bo w lesie czai się zło.
Nie wiedziałem o co chodzi. Wyobrażałem sobie, że chodzą tam myśliwi. Ale wkrótce dowiedziałem się, że chodzi o Ewila. Czarnoksiężnik, który chciał zawładnąć nad wszystkimi wilkami. Potem lalalalala - Przerwałem, bo ta część była o moim dzieciństwie w niebezpieczeństwie - Lecz nagle, gdy mama uczyła mnie obrony, on się zjawił. Mama wepchnęła mnie w krzaki i zasłoniła swoimi wielkimi, biało-czarnymi skrzydłami. Przez chwilę o czymś rozmawiali, ale za sto kurczaków nie mogę sobie przypomnieć o czym. Działałem instynktownie: uciekłem. Mama zawsze powtarzała, że jeśli by pojawiło się zło w jej towarzystwie, to mam uciekać. Uslyszałem nagle warknięcia, dźwięk czarów i głos mojego ojca. Niestety byłem przy ich śmierci... - Zamilkłem na chwilę, a wadera przytuliła mnie. - Gdy wróciłem do miejsca watahy, nikogo nie było.
Okazało się, że uciekli. Nie wiedziałem co robić, czy uciekać, czy zostać. Chciałem już uciec, ale przypomnialo mi się, że Hystea poszła na szpiegostwo. Postanowiłem, że zostanę i poczekam aż wróci...
-Ach, jak mi przykro, Zakoma! - Zawołała Shahida.
-Mi też jest przykro, ale no wiesz... Blizny pozostają, ale można o nich zapomnieć. - Spojrzałem na nią. Była zasmucona. - Hej, nie bądź już smutna! Teraz Ty opowiedz o sobie!
-Wiesz, może później. Teraz musimy dojść do strumienia wody, umyć twoje skrzydło.
-Jak panienka mówi! Tak jest!
Leżałem na kępie trawy, kiedy Shahida opiekowała się moim skrzydłem. Obserwowałem jak z matczyną ostrożnością myła moje skrzydło. Czułem się dziwnie z myślą, że dziewczyna aż tak bardzo przejmuje się mną. Postanowiłem przerwać ciszę, która napinała sytuację.
-No a więc ten... - kompletnie nie wiedząc o czym mam rozmawiać zacząłem rozmowę - Czy moje skrzydło wkrótce wróci do normy?
-Tak, sądzę że za dwa dni będzie już zdrowe. A jak ty się czujesz?
-Świetnie. Czuję się, jakby opiekowała się mną mama. - Spojrzałem na nią, a ona odwróciła wzrok.
-Zawsze chciałam opiekować się szczeniętami - Wyznała - Nie mówiąc o tobie, szczeniaku.
-Hej! - Zaśmiałem się, ale Sha zbyt mocno pocierała o moje skrzydło i zabolało mnie - Au! Boli!
Wadera od razu wstała, ale poślizgnęła
się o wodę i upadła na mój ogon. Zawyłem i niestety moja moc dała o sobie dać. Na niebie pojawiła się wielka, czarna chmura. Z drzew pospadały liście, a zwierzęta uciekły do swoich kryjówek. Rozległ się trzask, a wkrótce potem wycie stada. Z nieba spadły dusze wilków i zaczęły atakować Shahidę. Cóż ja miałem zrobić? Stanąłem w jej obronie i zawyłem jeszcze raz. Cienie pokłoniły się, skoczyły do góry poczym zniknęły w ciemnym jak noc niebie. Z wielkim bólem podniosłem oba skrzydła i użyłem całej siły, żeby nimi machnąć. Niebo znowu stało się jasne, liście wróciły na drzewa a zwierzęta wyszły z kryjówek. Niestety upadłem na ziemię, gdyż powrót porządku wymagał poświęcenia. Tym razem była to moja siła i kawał zdrowia. Ostatkiem sił ujrzałem Shahidę. Była przestraszona i zmartwiona.
Zamykałem oczy, kiedy ona potrząsała mną i ze łzami w oczach wołała "nie zamykaj oczu, proszę...". Nie mogłem nic powiedzieć, moja moc musiała się odregenerować. Byłem zbyt słaby, żeby nie odejść. Nie umierałem, po prostu odchodziłem tam, gdzie dostałem moje moce. Jak mogłem jej powiedzieć, że nic mi nie będzie? Po prostu odejdę na kilka dni do świata cieni, żeby odnowili mi siłę? Każdy nieśmiertelny wilk miał taki czas, kiedy musiał odejść na kilka dni, żeby odzyskać siły. U Hystey był to inny świat. Ona miała świat miłości... Ale niestety nieszczęśliwej. Lecz tylko wtedy, gdy nieśmiertelny wilk odniesie krzywdę taką, która spowodobałaby śmierć u zwykłego wilka, wstąpi do świata swoich "narodzin mocy". Dziwne, że moja moc odniosła mi takie szkody. Miałem to do tego, że moja moc pochodziła z walki anioła i diabła. Dlatego przyzywałem różne rzeczy.
Mój charakter pochodzi z anioła, a wygląd z diabła. Jestem dobry, chociaż na to nie wyglądam. A moce są różne. Umiem uzdrawiać, niestety nie siebie, umiem latać, nawracać oraz inne dary aniołów. Czasami przyzywam dobre dusze aniołów, a czasami złe. Gdy jestem osłabiony to nie kontroluję tego. Dlatego teraz przywołałem złe dusze.
Czułem łzy Shahidy na policzku. Otworzyłem raz oczy, ale nic nie mogłem powiedzieć. Zalewała się łzami z mojego powodu. Czyżby naprawdę mnie tak polubiła? A może "kimś" dla niej byłem? Oby nie...
Odchodziłem. Zamknąłem oczy, ale słyszałem ostatnie słowa wadery.
"Zapamiętam Cię do końca życia. Nigdy Cię nie zapomnę, żegnaj..."
Opuściłem moje ciało. Wyglądało teraz na szare i matowe, ale wiedziałem, że tam wrócę. Shahida płakała na mojej piersi. Tak bardzo chciałem ją pocieszyć. Powiedzieć, że wrócę, ale byłem teraz duchem. Spojrzałem na nią ostatni raz i ruszyłem w stronę nieba. Polecę tam pierwszy.
-Zakoma, witamy z powrotem naszego wilka. Czy aby czegoś sobie życzysz? - Zapytała jedna z wilczych aniołów. Miała przy tym niebiański głos.
-Dziękuję uprzejmie, pragnę teraz tylko odzyskać siły. - Poslałem jej uśmiech i pocałowałem jej łapę. Zarumieniła się i poprowadziła przez długi korytarz.
W niebie jest przepięknie. Mnóstwo tęczy, chmur oraz pełno dobrych duszyczek, które zrobią dla ciebie wszystko. Wszyscy są tutaj biali, ale także szklani. Wyglądają jak uformowane z chmur wilki. Każdy ma skrzydła anioła, ale widziałem niektóre wilki, które tak jak ja, przybyły po odzyskanie sił.
Najfajniejsze w niebie jest to, że wszyscy są mili. Nikt nie pragnie się bić, ani nikt się nie nienawidzi. Właśnie to uwielbiam, każdy siebie lubi.
Wkrótce z wilczym aniołem doszliśmy do wielkiej chmury, która wyglądała jak komnata.
Wskazała mi, żebym weszła do środka. A w środku co znalazłem? Jedynie łóżko i jakiś napój. Spojrzalem na nią sarkastycznym wzrokiem.
-Zakoma, musisz zasnąć. Połóż się i wypij to mleczko, a zapadniesz w głęboki sen... To ci zregeneruje moce.
-Ile tak będę spoczywał?
-Z dwa dni. Zależy, jak bardzo jesteś wyczerpany.
-Aj... - Usiadłem na łóżku, a anielica usiadła razem ze mną. - Moje skrzydło zostało zniszczone... Przez to osłabłem, a potem niechcąco przywołałem dusze wilków łakące zemsty. Musiałem ratować Shahidę. Zawyłem znowu, ale wtedy moja siła się wyczerpała. Ona czeka... Podaj mi proszę ten napój, jej łzy bolą...
Wilczy anioł wstał i wlał mi do ust mleczko. Było całkiem dobre. Smakowało jak wanilia.
Poczułem, że zasypiam. Wilczyca podniosła mnie za pomocą czarów
i położyła. Spojrzałem jeszcze raz na nią, a ona pogłaskała mnie po policzku. Moje powieki się zamknęły, a ja zapadłem w ogromny sen...
Obudziłem się z wielkim wrzaskiem. Ile ja spałem?! Ile dni?! Chciałem zawołać anioła, ale ona zdążyła przyjść bez zawołania.

-Czy coś się stało? - Usiadła obok mnie i dotknęła mojej łapy.
-Ile ja spałem?! - Wrzasnąłem, a ona przestraszyła się. - Przepraszam... Nie chciałem...
-Rozumiem. Spałeś dwie noce. - Wstała i wyczarowała jakiś napój. - Proszę, to cię orzeźwi.
Podała mi szklankę i moim oczom ujrzał się dziwny, czarno-czerwony napój. Pomyślałem, że to pewno przez moje ubarwienie. Doda mi sił, bo mam czerwono-czarne futro.
Westchnąłem i powoli napiłem się ze szklanki. "Sok" miał dziwny smak. Jakby... Winogrono i truskawka. Mniejsza o to, po chwili moje skrzydła zalśniły i poszybowałem w górę. Poczułem pełnię sił, ale wiedziałem, że to dopiero połowa zdrowia
Gdy tak sobie latałem, pomyślałem, czy niemógłbym zapytać się o Shahidę. Dlaczego nie?
-Hm, wilczyco, wiesz może co z Shahidą?
Wyszukałem jej wzrokiem, ale nigdzie jej nie było. Nagle ktoś złapał mnie za rękę. Tak, to była wilczyca. Przez chwilę wyglądała tak, jakby chciała mnie pocałować, ale ona tylko patrzyła na moją twarz w poszukiwaniu ran. Dowiedziałem się o tym, gdy nagle dotknęła mojej blizny obok oka.
-Wiem co jest z Shahidą. Ale najpierw powiedz mi co to za blizna.
-Tą bliznę mam od dzieciństwa, po prostu zwykłe draśnięcie o gałąź. Proszę, mów co z Shahidą...
Odsunęła się ode mnie i pomimo mojej obecności, rozpłakała się. Chciałem ją przytulić, ale ona wskazała palcem, żebym poczekał. Łza spłynęła z jej oka i uniosła się w powietrze. Jej lśniące łzami oczy zaświeciły się, a w łzie
ukazała mi się Shahida. Jej granatowe futro było mokre od deszczu, ale jej policzki były mokre od łez. Dopiero po chwili zobaczyłem, że nadal jest przy moim ciele. Przetarłem oczy i spojrzałem jeszcze raz. Łza rozprysnęła się na miliony, malutkich kropelek.
-Kiedy to było? - Zapytałem niezapokojony.
-Teraz. - Odparła z wielką powagą. - Ona nadal płacze.
Opadłem na moje łóżko, a wilczyca podniosła mnie. Miała bardzo poważną minę.
-Jak będziesz się załamywał, to zmarnujesz czas, a Shahida nadal będzie płakać. Ogarnij się chłopie, jesteś zrodzony z wojny dwóch najpotężniejszych koksów!
Jej wygląd się zmienił. Jej skóra, wcześniej przezroczysta, miała teraz odcień różu, a skrzydła były różowe z białymi detalami
Jej pysk nadal był przezroczysty, ale łapy były czarne. Zęby tak białe, że mogłaby oślepić. Oczy stały się niebieskie, a w środku było widać gwiazdy. Nie żałowałem zapytać.
-Kim ty jesteś?
Odrazu przestraszyła się i wróciła do dawnej postaci. Wyglądała na przerażoną.
-Ja... - Zaczęła - Nie mogę powiedzieć...
Wstałem i podeszłem do niej. Schowała sie za swoimi znów przezroczystymi skrzydłami. Westchnąłem, a ona odsłoniła jedno oko. Po chwili wzięła moją rękę i pogłaskała mnie po policzku, a z jej oka wypłynęła łza.
-Przepraszam, Kami... - Zaczęła - Ale musisz już iść... Będę tęsknić... Pamiętaj, nie daj się demonom...
Przytuliłem ją i mocno zapewniłem, że to ja jestem Panem Demonów. Lekko się uśmiechnęła i otarła łzę,
poczym złapała moje skrzydła i pociągnęła mnie do Bramy Niebios. Czekały tam już inne wilki. Widziałem białego basiora, który mocno przytulał się z jakimś aniołem. Podejrzewałem, że to jest jego przyjaciel, który umarł...

Anielica otworzyła Bramę, a po chwili promienie słońca oświetliły mi miejsce na ziemi. Nie, nie wracałem do ziemi. Wracałem do piekła. Tam gdzie mój wygląd i moja moc złączyły się i tak oto powstałem.
Gdy już miałem wylecieć w stronę ziemi, Anielica złapała mnie za skrzydło i mocno przytuliła. Widać było, że nie chciała żebym odchodził.
Płakała. Gdy anioł płacze, czujesz jakbyś zabił dziecko matce. Jest to okropne uczucie.
-Hej, nie martw się, ja wrócę... Nie wiem kiedy, ale napewno przybędę.
Otarła policzki i spojrzała w moje oczy. Cóż za piękny widok, oczy anioła są
przecudowne.
-Mam nadzieję, ale nie chcę żebyś cierpiał... Annabell będzie cię miała w opiece. Ja także...
-A ja będę codziennie do ciebie wyć. Oczywiście jak odzyskam siły, żebym znowu czegoś nie zniszczył. A teraz wybacz mi, muszę lecieć...
Objąłem ją jeszcze raz, a po chwili wyleciałem poza Niebo.
Wypuściłem jej ramiona a sam opadałem na ziemię. Świetne uczucie. Wiesz, że spadasz, ale w każdej chwili możesz jeszcze wzbić się w powietrze.  Cały czas myślałem o Shahidzie i Anielicy. Czy Sha uciekła, czy może nadal strzeże mojego ciała? Tylko żeby mnie nie zakopała, bo tak to nie będę mógł się wydostać spod ziemi...

Doleciałem do ziemi. Tam gdzie byłem okazał się piękny wodospad i mnóstwo dzikich zwierząt. Nawet usłyszałem, jak tygrys mówił do małego tygryska żeby nie wchodził na górę. Oj, jak ja tęskniłem za mamą i tatą. A Hystea? A Shahida? Anielica? Kurczę, tęsknie za nimi...
"Mam nadzieję, że nie zaboli"
Cisnąłem w ziemię i po chwili zamkniętych oczu ukazało mi się Piekło. Najgorszy koszmar jaki mógłby się spełnić. Wszędzie ogień, lawa a nawet krew. Wiele zwierząt nie zdaje
sobie sprawę jak to ważne jest być dobrym za życia. Oczywiście jak jest się śmiertelnym zwierzęciem, bo tylko one mogą umrzeć. Ale one wolą poszaleć i robić złe rzeczy, a potem cierpieć i wołać o pomoc... Całą wieczność.
Wylądowałem przed ogromną czaszką zrobioną z wielu czaszek... Eee, dziwnie to brzmi. Pozwoliłem sobie zawyć, a przede mną pokazał się ogromny minotaur z batami. Na czole miał krew, a bat był umazany od bordowej mazi. Ręcę miał stalowe, a nogi miał króciutkie. Jego twarz była przerażająca, albowiem połowa była to czaszka, a połowa normalna głowa... po chwili zawinął mnie batem i ciągnął za sobą. Stawiałem opór, ale był zbyt silny jak na moje małe ciałko. W pewnej chwili, gdyby nie moja uwaga to wpadłbym do lawy. W Piekle nie martwią się o nikogo, chcą tylko zadać ból i cierpienie. Straszne jest to, że
niektóre dusze muszą tak spędzić wieczność... Za karę.
Minitaur doszedł do ogromnego zamczyska w kolorze uschniętej krwi. Otworzył bramę, a w środku zobaczyłem jak tamte dusze kłaniają mi się. Poczułem dumę, ale i też zastanowienie. Spróbowałem zapytać.
-Dlaczego te dusze oddają mi pokłon? Minotaur odwrócił się i wypuścił dym nozdrzami. Podniósł ogromny drugi bat (który miał schowany) i cisnął nim we mnie. Co zrobiłem? Zawyłem. Wtedy te dusze stanęły w mojej obronie i stanęły przede mną. Otoczyły mnie. I nie pozwoliły Minotaurowi mnie skrzywdzić. Ale tych dusz były całe setki, ja zaledwie widziałem najwięcej 20...
-To twoje wilki, jakbyś nie zauważył. Moje dusze, które są zatrudnione dla ciebie. - Swoim niskim, potężnym głosem wypowiedział te słowa. Po chwili zaśmiał się. - Chodź. Chyba że
chcesz iść do Lucyfera za karę.
Tylko. Nie. Lucyfer...
Nie zostało mi nic innego, niż pójście za nim. Zamczysko było brane raczej jak hotel, gdyż widziałem łoża za różnymi kratami. Taki hotel 5-gwiazdkowy. Minotaur wziął mnie za skrzydła i rzucił w cele, w której był tylko brudny materac i świece na świecznikach z kości. Odbiłem się o ścianę i wylądowałem na ziemi. Minotaur zaczął się złowieszczo śmiać, ale po chwili wyczarował przed moimi łapami miske z czarnym napojem. Minotaur zamknął celę tak mocno, że się zatrzęsła. Wzleciałem w powietrze, żeby nic mi się nie stało. Klatka trzęsła się jeszcze z dobre 30 sekund, aż ziemia uspokoiła się i mogłem wylądować. Niestety trochę napoju wylało się, ale to chyba nic.
Wypiłem cały płyn wielkim jednym łykiem. Odrazu czułem, że robi mi się słabo. Musiałem zasnąć. Trochę
brzydziłem się spać na materacu, więc spałem na własnych skrzydłach. Ostatnie co usłyszałem to krzyk wołającej mnie duszy, która za mną tęskni.
"Pomóż, bracie"  "Żałuję"   "Wróć"
"Nie wytrzymam..."    "Gdzie jesteś"
    "PROSZĘ"   "Zaraz stracę moce..."
  "Zakoma, chodź"   "Nie umiem"

Obudziły mnie te krzyki Hystey. To był tylko koszmar? Tak mogło być, bo przecież jestem w Piekle, oni chcą zadać mi cierpienie...
Gdy podniosłem głowę zobaczyłem Minotaura z całym mnóstwem małych diabełków. Uśmiechał się do mnie, a diabełki machały rękoma i ogonami.
-Czas wstawać. Dzisiaj wracasz na ziemię.
Wstałem i otrzepałem się z dziwnych czerwonych i czarnych pyłków. Pewno to wina małych diabełków, które latały wte i wewte. Minotaur ryknął, a po chwili mały diabełek z wielkimi, czarnymi oczami podleciał do mnie i zionął ogniem. Instynktownie odsunąłem się na bok, ale diabełkowi nie chodziło o to, żebym się spalił.
Chodziło mu, żeby pokazać mi w ogniu co dzieje się na ziemi. Ujrzałem w nim uciekającą Shahidę, która biegła w stronę góry. Za nią biegła grupa basiorów, którzy chcieli ją złapać.
Minotaur ryknął śmiechem a diabełki piskliwym głosem zachichotały. Miałem tego dość.
-Z czego się tak śmiejecie?! Z NIEJ?! - Krzyknąłem. Nie będą się z nikogo śmiali.
-Ależ skąd. - Odpowiedział mi Minotaur. - Śmiejemy się z nich. Wiemy jacy są, prawda chłopcy?
Diabełki skinęły głowami a po chwili zaśmiały się. Minotaur pokazał im żeby ucichnęły.
-Zakoma, bo widzisz, śmiejemy się z nich bo wiemy, jaki los ich czeka. Przyjdą do Piekła, jeśli się nie zmienią.
Zrobiłem żenującą minę. Nie chciało mi się z nimi gadać, więc pozwoliłem sobie wylecieć z Piekła.
Cisnąłem najmocniej jak mogłem w wielką górę z kości i po chwili pojawiłem się na ziemi. Miałem ochotę pocałować trawę i całą ziemie, ale stwierdziłem, że nie na to czas. Musiałem znaleźć moje ciało. Poleciałem na stronę zachodu, tam gdzie leciałem na spotkanie z Hysteą.
Shahida jest w niebezpieczeństwie... Czego te wilki od niej chcą?! Minąłem ogromną górę, którą pamiętałem gdy pomagałem bezbronnym zwierzętom. Była cała od śniegu, a chmury tworzyły przepiękną mgłę na samym szczycie wzniesienia. Moje skrzydła robiły wichurę. Zderzyłem się z kilkoma wilkami, które także się gdzieś spieszyły. Jedna wyglądała mi dość znajomo... Nagle usłyszałem krzyk. Shahida była niedaleko.
Jaka szkoda, że byłem duchem. Nie mogłem nic zrobić... Odleciałem dalej. Cały się trząsłem ze strachu. Gdzie to moje ciało leży?! Po 2 minutach lecenia z całej mojej mocy odnalazłem moje ciało trochę zagryzione. Pewno jakieś zwierzęta próbowały mnie zjeść, ale nie jestem smaczny. Kolejny dar diabła.
Wleciałem w moje ciało i poczułem, że się budzę. Jakbym nagle zasnął i się obudził. Straszna rzecz...
Wstałem i nie byłem już przezroczysty. Cały z krwi i kości tak jak przedtem. Nie zastanawiając się wzleciałem w górę, a niebo zmieniło swoją barwę na szarą. Wiatr zaczął szeleścić liśćmi, a po chwili zrywałem gałęzie z drzew swoimi skrzydłami. Za szybko leciałem, ale musiałem się dostać najprędzej do Shahidy.

Znalazłem Shahidę. Była otoczona wikami z grupy wodnej, którzy pragnęli ją zdobyć. Nie zauważyłem, żeby miała moce, ale jeden z wilków złapał ją wodnymi pnączami.
-Świetnie Tate! - Krzyknął czarny wilk z niebieskimi detalami. - Wy dwaj, weźcie ją i zabierzcie do jeziora. To świetna zdobycz dla naszego władcy!
Zanim basiory ją złapały, jej skrzydła w uszach zmieniły się w ogromne skrzydła i wyleciała w powietrze. Dyszała przy tym i wznosiła się coraz wyżej i wyżej.
-Famo! Ohri i Gorima, lećcie do niej! A ja się zajmę więzieniem... - Lider grupy, czyli czarny basior z detalami tworzył wodną klatkę, a trzy basiory uniosły się w powietrze.
Sha nie dawała już rady. Jej skrzydła zaczęły znikać, a Famo już prawie ją schwytał. Byłem oszołomiony i zamiast jej pomóc, po prostu wpatrywałem się w walkę pomiędzy waderą a basiorem. Niestety basior był zbyt silny i z hukiem razem z Shahidą wylądował na ziemi.
-Voxe, mam ją!
-Cudownie... - Zbyt zajęty pracą Voxe nie zaważał na Fama i jego zdobycz.
W tym momencie wkroczyłem ja. Wzniosłem się bardzo wysoko nad powierzchnią jeziora tak, że niebo stało się całkowicie czarne. Głośno zawyłem, a z chmur pospadały setki przezroczysto-brązowych dusz. Warczyły, a ślina z ich pysków lała się wszędzie. Zeskoczyły na ziemię i czekały, aż pojawię się przed nimi. Tak też zrobiłem.
Shahida uśmiechała się, ale widać było, że się boi. Za to Gorima i reszta ich bandy była całkowicie zdezorientowana. Famo próbował uderzyć jedną duszę, ale ta zmieniła się w brązową chmurę i po chwili pojawiła się za nim warcząc i dysząc.
-Co do jasnej anielki się tu wyprawia?! - Wrzasnął Famo chroniąc Shahidę swoimi złotymi skzydłami.
-Witajcie! Jestem Zakoma, Wilk o mocach anioła i diabła który...
-Przestań! - Krzyknął Famo, który złapał Shahidę swoimi mocnymi łapami. - Przyszłeś tu po nią, prawda?! Ha! To żałosne, ale ona idzie z nami.
Złe dusze rzuciły się na lidera, ale uspokoiłem je. Wszystkie basiory rzuciły mi wrogie spojrzenie.
-Spokojnie... Nie chcę wam robić krzywdy! Oddajcie mi tą damę i już sobie pójdę. - Ze spokojem podszedłem do Shahidy i podniosłem jej głowę skrzydłami. - Dlaczego chcecie zrobić krzywdę takiej pięknej waderze?
Gorima i Famo rzucili sobie spojrzenie i zaczęli parskać śmiechem. Tate wodnymi pnączami złapał ją i przyciągnął do siebie.
-Nie robimy jej krzywdy. Zabieramy ją dla naszego władcy, kóry potrzebuje królowej.
-W takim razie poszukajcie jej u siebie, bo ona nie umie oddychać pod wodą, a poza tym...
Poczułem, że ktoś wbija mi kły w klatkę piersiową. Nie musiałem nawet się domyślić, że to Gorima. Ból sprawił, że upadłem na ziemię, a Shahida wyruszyła do mnie. Moje dusze wyskoczyły na Famo'go, a ja zawyłem i przywołałem dobre dusze. Niebo wyglądało tak, jakby walczyło ze sobą który kolor ma być na niebie. Shahida ukucnęła przy mnie i pogłaskała mnie po głowie.
-Już dobrze Zakoma... Już dobrze - Patrzyła tylko cały czas na mnie, nie zważając uwagi na to, że Famo ją porywa.
Złe dusze otoczyły Famo'go i reszte jego kumpli i rozpoczęły walkę, za to dobre dusze uzdrowiły moje ciało. Futro odrosło, rany się zagoiły a urazy zniknęły.
Wstałem, a dobre dusze zniknęły. Shahida była już wysoko nade mną razem z Famem. Moje dusze rozpoczęły walkę przeciw żywiołowi wody.
"Rozpoczęła się pogoń"





Powietrze dawało wrażenie ciężkiego, a otaczające mnie basiory kłapały zębami i próbowały zrobić krzywdę Duszom. Jedyne co mogło je powstrzymać o wiatr, ale nie wiedzieli o tym. W jednej chwili Złe Dusze wchodziły do ich ciał i chowały się robiąc im wewnętrzne rany. Walka obyła się bez krwi i łamania kości, bo jak można złamać powietrze? Tate, Gorima i Famo opadli z sił, a Ohri uciekł do jeziora i rozpłynął się w tafli wody. Machnąłem skrzydłami i po chwili Dusze zniknęły z powierzchni ziemi, wtapiając się w ziemię i umykając do Piekła. Przykro mi było patrzeć na takie cierpienie... Po chwili Famo wstał ostatkiem sił i podszedł do mnie.
-Znam cię... - Spojrzał mi w oczy i wyprostował się. - Ukrywałeś się w jaskini bardzo daleko stąd ćwicząc swoje moce w tajnej grocie!
-Skąd wiesz? - Złożyłem skrzydła i usiadłem na ziemi. Zdziwiło mnie to lekko, że ktoś w ogóle wiedział o moim istnieniu.
-Mieszkałem tam w jeziorze w komnacie, w której ćwiczyłeś swoją siłę. Mały strumyk wody z którego piłeś to był mój dom. Umiemy zmieniać się w wodę i być niewidoczni dla innych wilków.
-Rozumiem. Ale co to ma do wszystkiego?
Podszedł do mnie i ze zgrozą powiedział mi do ucha:
-Powiedz mi, jakim cudem zaskoczyłeś mnie, skoro wiedziałem o tobie wszystko?
W tym momencie odsunął się i pokierował wielką falę z jeziora na swoich kolegów, zmienili się w wodę i spłynęli do swojego domu. Famo usiadł koło mnie i patrzył w taflę wody.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, a potem basior otworzył się przede mną.
-Przestraszyłem się ciebie. Myślałem, że ugryzienie na ciebie zadziała. Ale twoje anioły były... Uzdrawiające, prawda?
-Oczywiście. Pokaż mi twoje moce.
-Nie lubię rozkazywania, ale  teraz mogę je pokazać. Odsuń się trochę!
Na jego "rozkaz" wleciałem na drzewo i siedziałem tam czekając, aż wilk pokaże mi swoje moce.
I wtedy zaczął się seans. Poprosił mnie, żebym zaciemnił niebo, więc przywowałem ciemne jak noc dusze, które zakryły niebo. Wilk zaczarował taflą wody i uformował z niej wilki. Piękne, przezroczyste i mieniące się jak diament wodne wilki. Skakały z gracją jak morska fala, a ich śmiech był tak uroczy, że aż chciałoby się je zjeść. Nie mieszały się z wodą, więc mogły swobodnie poruszać się po jeziorze. Biegały po wodzie i robiły niewielkie fale, a gdy lekko stąpały, wokół pojawiały się kręgi, które odbijały światło dobiegające od wilka.
Po chwili zabawy wodnych stworzeń, Famo uniósł kilka kul złożonych z kropel wody i rozjaśnił je. Gdy te zaczęły świecić, poprowadził je do drzew, a one wchłonęły je. Drzewo momentalnie wypuściło mnóstwo liści i dostało gałęzi. Pień się pogrubił, a korzenie wrosły pod ziemię. Famo "uzdrawiał" jeszcze kilka takich drzew i kwiatów, a po chwili wrócił do mnie.
-Jak widziałeś, umiem dawać życie. Wodzie, lub roślinom dzięki niej.
Zeskoczyłem i podziwiałem widoki z ziemi. Wyglądało to przecudownie. Ta ziemia cała pokryta zielonymi źdźbłami, te drzewa całe od liści i kwiaty różnorodne od barw i rodzai. Nawet w ciemności wyglądało to pięknie.
-No to teraz ja zawyje i zobaczymy jak to wygląda w świetle! - Zawyłem i Dobre Dusze przegoniły niewidoczne dla innych diabły. W słonecznym blasku był to dla mnie raj. Co chwila wokół przelatywały motyle, skakały zające, a jezioro odbijało promienie słoneczne na wszystko wokół. W tajemnict przed Voxe'm rozkazałem Dobrym Duszom żeby znalazły Shahidę. Musiałem ją znaleźć, a skoro Famo już uciekł do wody, to znaczy, że Sha była wolna.
-Mam dla ciebie propozycję. - Zaczął Voxe. - Chcesz ze mną wkroczyć do Królestwa Wody?
-Nie, dziękuję. - Odpowiedziałem grzecznie. Miałem inny, lepszy plan - A czy ty chcesz wstąpić do moich poszukiwań?



-Do twoich poszukiwań? Ale... jakich?
Wstałem i z morderczym wzrokiem spojrzałem w jezioro. Sądząc po odbiciu mojego pyska, stwierdzam, że moje oczy stały się czerwone, a zęby przedłużyły się razem z falującym językiem. Voxe przestraszył się tego widoku. Ale nie chodziło mi o to, żeby o nastraszyć. To jest jedna z moich mocy, czyli pokazywanie teraźniejszości w tafli wody. "Chcę widzieć Hysteę". I BUM! Na czarnej powłoce wody pojawił się obraz. Hystea. Hystea, która zakochiwała w sobie parę wilków. Jej darem są moce miłości, a także hipnotyzowanie śpiewem. Para wilków wyglądała tak, jakby mieli się za chwilę hajtnąć. Trzymali się za ogony a ich nosy były do siebie styknięte. Szli przez wielką łąkę fioletowych kwiatów, które były mi jakoś dziwnie znane. I te drzewa. I słońce przedzierające się między liśćmi i gałęziami. Bardzo się zdziwiłem.  Ale jeszcze większe zdziwienie widziałem w oczach Hystey, która wyglądała na równie złą i smutną. Żałowałem, że nie mogłem być przy niej.
Voxe był zahipnotyzowany. Patrzył w Hysteę jak zakochany, a każdy jej gest pobudzał w nim machanie ogona. Zacząłem się śmiać, ale Voxe nadal patrzył się w obraz Hystey.
-Koniec czasu! - Machnąłem ogonem nad wodą i obraz zniknął. Voxe nagle usiadł i zrobił smutną minę.
-Ona jest taka piękna... - Powiedział ze smutkiem w oczach. - Ale skoro jest Wilkiem Miłości, to musi być piękna, prawda?
-No cóż, nie wiem, czy jest piękna... - Zachichotałem, a basior wymierzył mnie wzrokiem. Śmiałem się coraz głośniej, a Voxe jeszcze bardziej mnie ignorował. Gdy już kompletnie stracił uwagę na mnie, podeszłem do niego i powiedziałem mu do ucha: Załatwię ci z nią spotkanie. Ale teraz lepiej już chodźmy...
Wstaliśmy i już mieliśmy biec w stronę południa, ale przed nami objawił się mój Anioł. Mój kolega musiał się odwrócić, gdyż Anioł świecił za jasno, kiedy ja spokojnie mogłem wpatrywać się w jego piękno. Z wielką gracją zleciał do mnie i wylądował na ziemi.
-Znalazłem Shahidę, Panie. - Wypowiedziawszy te słowa ukłonił się. - Leży na skale 2 kilometry stąd. Powiedziałem jej, żeby tam została, ponieważ ty, Panie, złożysz jej wizytę.
-Dobrze zrobiłeś. Muszę cię pochwalić. - Złapałem go za ramię, a on uśmiechnął się do mnie. Po chwili wzleciał w powietrze i ślad za nim zaginął.
Gdy Anioła już nie było, zobaczyłem jak Voxe nadal zasłania swoje oczy. Moim czerwono-czarnym ogonem strąciłem jego łapy z oczu i wytłumaczyłem, że lecimy na północ.
-Dobrze, ale jest jedna rzecz. - Z poryitowaniem spojrzał na swoje plecy. - Nie mam skrzydeł!
-Spokojnie. Możemy pobiec, jeśli chcesz.
I w tym momencie wyruszyliśmy w głąb zielonego lasu pełnego innych zwierząt. Voxe dawał wrażenie zamyślonego, kiedy ja zastanawiałem się nad czym on może myśleć. W końcu do mnie dotarło, że cały czas myśli o mojej młodszej siostrzyczce.
Gdy minęliśmy wielkiego dęba, mój kolega stanął jak wryty. Przestraszyłem się, bo nie wiedziałem o co mu chodziło.
-Ej! - Krzyknąłem i podleciałem do niego. - A tobie co się stało?
Swoimi turkusowymi oczami spojrzał mi w oczy.
-A co jeśli nie będzie mnie lubić? - Jego uszy opadły, a sam położył się na ziemi i zasłonił swój pysk łapami.
Uderzyłem się w czoło, robiąc tak zwanego "facepalm'a".
-Wstawaj stary! Będzie cię lubić, ona lubi wszystkich! - Podniosłem go i dałem mu w policzek. - Przepraszam, musiałem... Ale teraz nie czas na zamyślenia!
-Tak, masz rację... - Uniósł swoją głowę do góry i pogłaskał swój polik. - To bolało.
Nie odpowiedziałem mu, ponieważ byłem już trochę dalej od niego. Po chwili dogonił mnie i razem pobiegliśmy do głazu, na którym miała znajdywać się Shahida.
Słońce dawało nam po oczach. Robiło się coraz goręcej i coraz bardziej uciążliwie. Voxe z pobliskiej kałuży próbował nas ochłodzić, ale nie udawało mu się to. Woda także była ciepła. Gdy dotarliśmy na górę, nie zobaczyliśmy Shahidy. Wściekłem się i mimo zmęczenia pobiegłem na sam szczyt.
-SHAHIDA!!! - Krzyknąłem i upadłem zasłaniając się skrzydłami. Sha miała tu czekać!
Voxe czołgając się i skomląc doszedł do mnie i także opadł na ziemię. Zakmnął oczy, ale nadal wszystkiego słuchał.
-To w takim razie gdzie ona jest... - Poddając się powiedziałem te słowa. - Skoro jej tutaj nie ma...
-Zakoma? - Usłyszałem znany mi głos. - Zakoma, tutaj jestem!
Odwróciłem się i zobaczyłem, jak Sha do mnie biegnie. Uśmiechała się szeroko, a w jej oczach widać było szczęście. Wstałem i także do niej pobiegłem. W połowie drogi uderzyliśmy się i przewróciliśmy tuląc się do siebie.
-Tęskniłam za tobą! - Śmiejąc się i machając ogonem przytuliła się jeszcze mocniej.
-Ja też za tobą tęskniłem!
Tuliliśmy się tak do siebie przez kilka minut, ale nagle poczułem, że ktoś na mnie chucha. Tak, to był Voxe. Miał srogą i zniecierpliwioną minę. Dyszał gorącym powietrzem i prawie na mnie skapnęła jego ślina. Bez zastanowienia puściłem waderę i wstałem.
-Możesz mi powiedzieć, co teraz będziemy robić? - Ze zgrzytem zapytał się jego wnerwionym głosem.
Shahida wstała i otrzepała się z ziemi. Jej skrzydełka w uszach zesztywniały i były teraz wysoko osadzone w górę. Podeszła do basiora i przywitała się jej ciepłym głosem.
-Witaj. Mam na imię Shahida, a ty jak się nazywasz? - Uśmiechnęła się do niego, a on tylko z poważnym wyrazem twarzy podał jej łapę.
-Voxe, wodny wilk.
-Widziałam jak walczyłeś. Co ci się stało, że teraz jesteś z nami?
-Po prostu przyłączyłem się do mojego autorytetu sprzed lat. A przy okazji zauroczyłem się w jego siostrze, więc widzisz, pomogę wam w poszukiwaniach.
-Ach, oczywiście. - Z niezainteresowaną miną odwróciła wzrok na niebo. -  Ale spójrzcie. - Patrząc na szczyt głazu widzieliśmy niebo zmieniające swe barwy na różowe i złote. - Robi się ciemno. Przenocujmy tutaj.
Gdy odeszła trochę dalej, jej skrzydła zalśniły i zmieniły się w ogromne, białe skrzydła. Krzyknęła do nas, że leci po coś do jedzenia i niedługo wróci. Słońce zaczynało znikać za horyzontem, więc lekko się obawiałem. Ostatecznie uspokoiło mnie to, że nie mogła uciec daleko i nadal chroniłem ją ja.
Voxe leżał na krawędzi i spoglądał na mały, ale głęboki stawek osadzony niedaleko pod głazem. Jeszcze odbijał promienie światła na wszystko wokół, więc całe rośliny i liście mięknie mieniły się złotą barwą...

1 komentarz:

  1. To jest świetne*-*. Tyle świetnych opisów, ciekawy opis zdarzeń, nie da się nudzić czytając to. Gdy wydasz tą książkę, pójdę do każdej księgarni w poszukiwaniu jej.

    OdpowiedzUsuń